Polecamy

Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo - o książce słów kilka

Tak sobie myślimy o tym obszarze, blisko 900 stron. Saga aniołów, początek trylogii, no i kilka ciekawych albo i nie, tekstów. Próbki na...

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Tak został zabity Behemot – najsilniejszy z lądowych stworzeń

Spokój zgromadzonych niechybnie został przerwany. Sprawił to potworny ryk Behemota, który poruszony został za czyjąś spra­wą.
Gwałtownie się zerwał, parskając, wydobywał z siebie gorące wrzenie. Para ta raniła śmiertelnych, spalając członki ciał, przemieniając w popiół, nie szczędząc ludzkiego kośćca.  
– Wyczuł obecność wroga! – zaalarmował Set.
– Trwajcie w gotowości! – polecił gwardzistom Anubis.
    Przyglądali się, rozpatrując[1] wokół. Poszukiwali winowajcy całego zamieszania. I jak w kondukcie stanęli, wlokąc się za marą Dagona, którego kołtuniasta sierść, przysłaniała widoczność ko­lu­brynowym cielskiem.
Skołowacieli, przez chwilę myśląc, że bestia oszalała, gotowa zgotować koszmar im samym. – Zapewne zapragnęła tych sześciu kel el – trwożył się Set. – Mało mu! – złorzeczył przy tym na nieudolność Anubisa, którego po całym zajściu z chęcią obwiniłby za wszystko i ukarał. To było zgodne z jego przekonaniem, że ojcowska ręka karcąc, daje dowód największej miłości.
         Behemot zaryczał bardziej, a jego potworny łeb przechylił się, wyrzucając z gardzieli masę śliny i resztek z nieprzeżutych wnętrz­ności, rozbryzgując na posadzce pałacowego dziedzińca.
Poruszyli się, gdy w krasie ukazał się im Uziel, który krajał ciętym ostrzem, obfite cielsko potwora zmieniając w paski. Behemot usiłował pochwycić najeźdźcę paszczęką lub przebić rogami. Uziel stał się na ten czas nieuchwytnym, kotłując się z wrogiem na swój sposób. I nie sprawiał mu bólu ogień, ciskany z nozdrzy, nie paliła mu skóry ślina, a dyszenie nie odbierało mu powietrza.
Starał się uśmiercić monstrum, co okazało się być nad wyraz trudne i niebezpieczne. Zadał kilka powierzchownych ran, lecz nieznaczących. Behemot miał tę przewagę, że wystarczyło, iż raz pochwyci, a Uziel skończy istnienie w jego żrącym żołądku.
Walka wydawała się nader nierozstrzygnięta, a każdy z wbitych ledwie kaheli, zdobiących ciało Behemota, dobił Uziel ze staranną precyzją, prowadząc do samego dna, mszcząc tym śmierć za­cnych braci. Nic to nie dało, a jeszcze bardziej rozjuszyło bestię.  
      Uderzył gromem w łeb potwora, aż trzasnęło w przestrzeni, gruchocząc wzmożonym dźwiękiem trwałe budowle. I powiew wia­tru wydobył tak mocny, niosąc kamień i żelazo z szybkością zu­chwałego powietrza, lecz skóra bestii pozostawała nawet nietknięta. Odbity materiał zmusił Uziela do złożenia skrzydeł, co wykorzystał Behemot. Machnąwszy łapskiem, wbił postać w po­sadz­kę. Powstały pęknięcia, a twór Eremu wieńczył sworzeń[2].
Potem, skakał po nim i szarpał zajadle, nie ustępując, chcącemu zachować się życiu, tak mocno, że Uziel ledwo trzymał się we wzbronieniu.  
– Dość tego! – zaryczał Uziel.
       Wyrwał do przodu, waląc mocą skrzydeł i uciekł z opresji. Wył z bólu, pełen drapieżnej pożogi, spojrzał na ofiarę jak łowca na zwierzynę. Dobył aser, uzbroił i cisnął w serce giganta, przebijając je na wskroś. Uśmierzył tym ból istnienia, a Behemot zachwiał się i potulnie wysunął bardziej w przód, odsłaniając członki.
         Uziel nabrał rozpędu, tocząc się z miejsca pod brzuchem po­twora. Chciał, obracając się w locie, ostrzem przedzierżyć[3] potężny pancerz. Czuły punkt, podbrzusze – to była dla niego, jedyna pewna szansa. Ostrze kel el, uczynione z diadeitowej stali, rozpędzone, tnie każdą powłokę.
Stracił Behemot wnętrzności, które zalały dziedziniec, rwąc jak lawa, ciepłe i palące, trawiąc komnatę.            
       Zdobywszy swój aser, znajdujący się za bestią, chwycił go i wzniósł nad ziemią, przelatując wysoko nad grzbietem ofiary. Wy­celował i przy­mierzył w pysk, trafiając w okolicę nozdrzy, a przebiwszy tak paszczę, zniżył ją, przytwierdzając do gruntu, czym zmu­sił stworzenie do bezwiednego powalenia. Obrócił się i ruchem ręki, wbił miecz w ogromną szyję.
Poczuł natychmiastową ulgę, przy­niesioną z powiewem powietrza, ale na tym nie poprzestał. Przeciągnął miecz wokół szyi, rwąc gardło, stopami sięgnął w odsłoniętym skrawku kręgów, które bezbłędnie zmiażdżył.
Tak został zabity Behemot – najsilniejszy z lądowych stworzeń, które wlekły swe stopy po ziemskich pagórkach i wbijały pazury w doliny.
Zmagał się z nim Uziel, nie przywdziewając pancerza. Obawiał się przemiany, aby zbytnio nie zaufać mocny ochronnej łuski. Szczęka Behemota potworna, mogłaby zgruchotać w łatwości, wielką i dotąd niepowstrzymaną materię.
Uziel, do walki i śmierci, podchodził osobliwie, nie stosując w stosunku do swych przeciwników, jednego znanego sobie fortelu. Był wyniosły i dumny, pewny swej siły. Dlatego mierzył się jawnie, igrając na granicy życia, pokładając ufność w szybkości, ceniąc nazbyt zdolność regeneracji, przepełniającej go materii.
Po zabiciu bestii, stanął na jej odciętej głowie i przywołał bu­rzę. Niebo rozwarło przestworza, pociemniało, a jego oczy rozbłysnęły promienistym światłem, iskrząc się, przewijając energię, która nie gasła. Starła się ta moc z przestrzenią, przypominając od­twarzane powoli i niezwykle często, uderzenie potężnego pioruna.


[1] Dokładnie zapoznawali się ze zjawiskiem i analizowali, w celu oceny lub podjęcia jakiejś decyzji. W zdaniu „rozpatrując wokół”, można tłumaczyć też jako „pośród siebie”.
[2] Sworzeń – element konstrukcyjny służący do łączenia elementów w sposób umożliwiający ich obracanie się.
[3] Trzymanym w ręku, przesunąć.



Fragment z książki Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo 


Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Jeśli chcesz przeszukać nasze zasoby w sieci

Popular Posts