Latest Posts

Polecamy

Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo - o książce słów kilka

Tak sobie myślimy o tym obszarze, blisko 900 stron. Saga aniołów, początek trylogii, no i kilka ciekawych albo i nie, tekstów. Próbki na...

czwartek, 21 lutego 2019

Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo - o książce słów kilka

Tak sobie myślimy o tym obszarze, blisko 900 stron. Saga aniołów, początek trylogii, no i kilka ciekawych albo i nie, tekstów. Próbki na naszych stronach, każdy zainteresowany może ocenić sam. TUTAJ>>> Pracujemy nad tym nadal, trochę obszarowo duże, ale może i warto czasem przekroczyć magiczną liczbę 300 stron. ☺ 11 rozdziałów, większych i mniejszych, ale spójnych i poprawionych oraz wzbogaconych przypisami. Także, jest różnica w stosunku do tekstu z 2014 roku. Pięć lat i mamy drobną zmianę (o jakieś 600 stron). Forma lepsza - tak sądzimy, ale to czas pokaże, a Czytelnicy nas wkrótce ocenią.

Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo - o książce słów kilka

Książka jest zapewne inna, trzyma się z dala od schematów i wzorców. Stawia własne tezy, które mogą się nie spodobać, ale wiara to rzecz indywidualna, my jej nie mamy, ukazując inny obraz świata. Nie jest to żaden szablon ani próba naśladowania czegoś, bo to pierwowzór, który sami doskonaliliśmy przez pięć lat. Okres wzburzonych debat oraz poprawiania tekstów i ich uzupełnienia. Czy jesteśmy wolni od błędów? Nie, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy. Nie skupiamy się na tym, co może być złe, ale na tym, co nigdy nie powinno przeminąć - PRAWDA. Każdy ma własną, a my wymyślamy (może nawet głupoty). Kto jednak jest pewny jaka jest ta PRAWDA i kto ma wyłączność na PRAWDĘ? Książka, aby była w pełni autorska musi zostać poprawiona przez samego autora. Może ktoś powiedzieć, że to tani self-publishing (ok, niech będzie - nas nomenklatura podziałów nie interesuje). Jesteśmy dumni i zadowoleni z postępów (choć powolnie to idzie). Mamy wrażenie, że tworzymy coś innego - czy jest to dobre? Dla nas tak. Innym, może się nie spodobać (takie zdania także cenimy). W naszym świecie istnieje dowolność, tak w odbiorze jak i w ocenie. Przekaz to przekaz, a papier to płótno, na którym zapisuje się obrazy, wyrzeźbione słowem. Każdy ma swoje i my też sięgnęliśmy do tej prawdy i tworzymy swoje. Dla nas, dzieje aniołów opisane w tej jakże fantastycznej książce, stanowią punkt wyjścia do oceny różnych prawd. Nie budowaliśmy prawd w oparciu o zdobycze cywilizacji, zmierzające do komplikowania dziejów, ale oparliśmy się na "surowcu", starając się dostrzec pierwociny. Czy nam się to udało? Nie wiemy, mamy jedynie przekonanie, że tak właśnie miało być.
W czasach, w których dawne Niebo zostało zapomniane, a prawdy ludzkie zdominowały czas, warto jest uzyskać inną perspektywę. Nie służy to obaleniu dotychczasowego dorobku ludzi, ale zrozumieniu mechanizmów rządzących światem, który na przestrzeni wieków, stał się dla człowieka nieprzyjaznym miejscem, zdominowanym przez ludzką wyobraźnię, która krzywdząc istoty sobie nieznane, rości sobie prawa do wystawiania ocen.
Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo to historia o wyborach, miłości, przeznaczeniu, lojalności oraz próbie zmiany ludzkiego losu. To historia śmierci, wojen, walki i zniszczenia. To ukazanie prawdziwego buntu, połączonego z rozumieniem miłości do Istoty Najwyższej. To początek sagi, w której nie ma Ziemi w centrum wszechświata, ale za to istnieje planeta, będąca dnem otchłani wszystkich stworzonych światów. Czy jest to zgodne z Biblią? Tak, lecz kto dziś czyta i interpretuje stare teksty, gdy ma zapewnioną interpretację ze strony namiestników Boga na Ziemi, którzy nigdy Boga na oczy nie widzieli.
Taką oto puentą kończymy tę krótką refleksję.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

El zszedł do świata

Stwórca wyłonił się zza cienistej zasłony, przesłonięty szatą, płynącą jak źródła wód wiecznych, co niebiańskie trony, podtrzymują kądziel i rombiste włókna, przepełniają zewsząd deli­katny he­ban[1], gładki, najcenniejszy jedwab.
Wyrzeźbiona szata, czyni obraz wielki, tego majestatu i Jego potęgi. Przepełniony źródłem, w ogniu nieostygłym jeszcze, stąpał powoli w przód, podpierając laską swoje wdzięczne ręce, Pan nasz Wiekui­sty. Jego włosy spływały po szyi, niczym pampas[2] po najlepszych zboczach czerwonej pustyni, jaśniejące w łunie, co biła po oczach, natchnionych wiecznością, w której widać gwiazdy, przeglądać się morzom i północnym wiatrom, może każdy śmiałek, który weń się wpatrzy. Twarz łagodna, wzrok mądry, a dech nieprzetarty, sycił po­wietrze, wołał do życia umarłych. Z oczu doskonałość, wyrażała trwanie. Doskonały Pan nad Pany, niosący alabaster, kwitnący obfi­cie. Wlókł go przed sobą, a było to życie. Skupiał w małej prze­strzeni, siłę wiecznego tchnienia. Legły przed nim zastępy i pano­wie, zstępujący z nieba.
El zszedł do świata, tak Jemu hołubiły, miry, miriady i mi­rie, wielkość Jego siły. Rozwarł ramiona, podpierając dłoń prawą, o alabaster wieczny, porośnięty trawą, pachnący magnolią, to znów cytrusem, rukolą[3], to naprzód zwykłą murawą z kądzieli[4]. Nic mu nie było śmieszne, obrzydłe i obce, co stworzył uznał za swoje i kochał, jak tylko można najmocniej.
Przyglądał się światu, w drzewcu  dostrzegł roślinę. Twórca życia, dłoń drugą rozwarł dla wielkości, by dać gest zjednania, dla synów ludzkości, pochwycić własne dzieci… stulić wszystkich i kochać, potomków wszak miał wielu, nikogo nie cofał.
Wieczny w swej miłości, nieugięty mędrzec, znak Jego po­kory, świadczył o potędze. Mądrość miała przemówić, rozwarły się szyki, każdy chciał usłyszeć, co ma rzec, Pan Wielkiego Tronu…


[1] Heban – drzewo o czarnym, twardym drewnie, rosnące na obszarach podzwrotnikowych; też: drewno tego drzewa.
[2] Pampas – rozległy równinny step porośnięty wysoką trawą w Ameryce Południowej.
[3] Rukola – rodzaj sałaty o pikantnych w smaku liściach.
[4] Kądziel – pęk włókna lnianego, konopnego lub wełnianego przygotowany do przędzenia, umocowany na przęślicy lub kołowrotka; daw. linia żeńska; grzywa żubra.



El zszedł do świata

Jerozolimo, królowo mych łez

Jerozolimo, serce płacze na samą myśl o samotności, w której nie mogę dotknąć stopami twych gładkich przestrzeni. Jerozolimo, me oczy truchleją na myśl o widoku z wysokości, na której nie mogę zawisnąć, by spojrzeć na twój wzorcowy kształt. Jerozolimo, ukochana moja, dałaś mi wszystko. Przyniosłaś mi winę, wojnę i pokój, obarczyłaś upadkiem i śmiercią. Nie pozwól już więcej płakać ludziom. Jerozolimo, jeden naród, jeden Pan i jeden świat. Jedna to ziemia dla twoich stóp. Twe lico przyobleczone wiecznością. Obieg niekończący, a żywot nieskończony. W chwili nie warto upajać się śmiercią. Jerozolimo, Matko mych dzieci, niestrudzona w bólu. Rozdarte łono krwawi, a matka nie dożyje dnia. Pięknie wyniesione ciało, skąpane w cydrze z posmakiem migdałów, nęci złaknionych krwi. Odrzucone pachnidła i kumys, zwracają je zwykłością, przywracając ku trwaniu. Wieczność pozbawia złudzeń, lecz tylko silny wytrwa w duchu, nie w ciele. Nigdy łez więcej przez dom uczynionych, za śmierć braci i sióstr, dla wolności. Jerozolimo, Królowo mych łez.

Księga Aniołów

Imiona dwudziestu czterech wodzów

Uczynił je Pan na początku istnienia świata. Obdarzył też tymi cechami tchnienie człowiecze i stworzył mu opiekuńcze duchy, które nim władają. I tchnął weń je. Znając ich imiona, można je wezwać przed oblicze lub prosić o ocalenie w słabości. Duchy jednak rzadko słuchają. Nikt nie poznał ich imion. Dają człowiekowi moc, ale nie ustalają, jak to wykorzysta. Wszystko zależne jest w tym od samych ludzi.

Następnie odczytał imiona, wykonując wolę:


– Oto idzie Amachiel, władca pychy.
– Oto idzie Numa, pan rozkoszy.
– Oto idzie Reguiel, twórca miłości.
– Oto idzie Toriel, przyjaciel zdrady.
– Oto idzie Worivel, niosący nadzieję.
– Oto idzie Gader, pełen smutku.
– Oto idzie Hdial, a za nim podąża zwątpienie.
– Oto idzie Seragiel, niosąc miły naszym sercom honor.
– Oto idzie Miguel, niosąc w swych ramionach oddanie.
– Oto idzie Rafazel, pełen sentymentu.
– Oto idzie Mitiel, przepełniony wiernością.
– Oto idzie Ardal, niosący szacunek.
– Oto idzie Mittaniel, pełen przyjaźni.
– Oto idzie Araziel, niosąc tęsknotę.
– Oto idzie Liporel, pan tchórzostwa.
– Oto idzie Natangiel, odwaga z nim współgra.
– Oto idzie Karimel, a imię jego oznacza męstwo.
– Oto idzie Jozuel, a drogą mu poświęcenie.
– Oto idzie Mitwiel, przewodniczy strachowi.
– Oto idzie Azaragal, a wiedza mu drogą.
– Oto idzie Demigurgiel, mądrość przywołuje w słowach.
– Oto idzie Dametiel, wytrwałe orędzie.
– Oto idzie Zachiel, oznaczający cierpliwość.
– Oto idzie Urgiel, co znaczy pamięć.


Stanęli wtedy wszyscy przed Panem, naprzeciw Tronu. A On im przekazał słowo. Imiona te zostały odkryte przed tym zgro­madzeniem. Od teraz stało się jasne, że nadszedł właściwy czas na ocenę człowieka. I wyznali wodzowie Panu, czyny i przewinienia lu­dzi. A Pan, po ich wysłuchaniu, oburzył się. I zasiadło dwudziestu czterech wodzów na swych tronach, wokół Tronu Pana. Zgroza ogar­nęła lu­dzi i przerażenie. 


Fragment z książki Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo 


Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo

Władza, panowanie i dominacja – przyciągają, zachwycają i czynią istoty wyrodnymi

Władza, panowanie i dominacja – przyciągają, zachwycają i czynią istoty wyrodnymi. Niezwykłym jest, gdy można kroczyć drogą wspólnie, bez uprzedzeń, agresji i niesienia zagłady.
Stajemy się siewcami śmierci lub ich orędownikami, w każdej chwili, popierając niewłaściwą stronę, której wydaje się, że panowanie zostało nadane i jest należne.
Wiara w to, że komuś coś, należy się z przyrodzenia, stanowi daleko idące nadużycie, wykorzystywane przez ludzi do czynienia zła.
Równość jest pomiędzy ludźmi – czego nie rozumieją. Nie uznają też tego, że zwierzęta żywe mają równe im prawa.
Dominacja oraz dążność do niszczenia człowieka, czyniona przez drugiego człowieka – usprawiedliwiona pokłosiem wiary, przygniecionym stertą trupich czaszek – to obraz ludzkich rządów, który jawi się nam zuchwale, uwidoczniony od wieków.
Wyzysk i brak zasad – cechy ludzkie, z którymi nie należy dyskutować, ale uprzedzać się o nich, rozumiejąc ich fatalny wpływ na rzeczywistość.
Ludzie są inni, gdy służą temu, czego będą obawiać się. Wychodzą z założenia, że moc Stwórcy – zwłaszcza ta niszcząca – stanowić ma strachu i zbliżającej się zagładzie. – Stwórca jest tak mocny, że może uczynić z nich pył – mawiają. – Oddajemy Mu dlatego cześć, bo jest Mocny – bredzą.
Zapewniają, że ktoś im coś obiecał. Twierdzą, że będą mieli udział w wojnie, w której brutalnie zostaną zgładzeni ich wrogowie.
 Realizują tym własne marzenia o śmierci, życzą zagłady innym. Brudzą ręce we krwi zwierząt, bo pragną krwi. Nikt im nie nakazywał bezsensownie mordować. To nie grzech, a ich surowica, prowadzi do kresu.
Czekają na ostateczny koniec, a gdy nadchodzi, jęczą i wiją się w konwulsjach[1], udając uprzywilejowanych… Tyle, że ich miłość nie działa. Mordowali, przekraczając Prawo – to ich przekreśla.
Czekają na Stwórcę, który będzie gładził – to ich obnaża. Nie rozumieją skomplikowania spraw, którego dokonali, bowiem prostota życia jest tak oczywista, że jej nie dostrzegają. Czy myślą, że toczymy walki z przyjemności?
Pragną nieść zagładę, rękoma naszych braci ujarzmiać niewinne życie, a przypisywać chwałę Stwórcy, że zniszczył jakąkolwiek cząstkę istnienia.
Krwią mażą ołtarze, wystawiane bluźnierstwu na pokaz. Nie uznają równości oraz dialogu. Nie potrafią zasiąść i uznać, że nikt nie stworzył ich po to, aby służyli, a wyłącznie ku temu, aby współdziałali. Jednak oni opierają życie na strachu, dominacji, władzy i śmierci…
Tak, śmierć zadawana daje im prawo władzy, a siła decyduje u nich o racji. Przegrali w ten sposób już dwa sądy, gdy Erem upomniał się o Prawo.
Zadawanie śmierci, nie stanowi o celu. Nie jest wyróżniony ten, który oddaje cześć lub nie oddaje. Nikt nie dał praw do panowania czy tworzenia religii, ale przyzwolił na istnienie i decydowanie. Każda istota ma prawo do życia. Ziemia wystawia sobie świadectwo. Człowiek dąży do zagłady.


[1] Konwulsje – mimowolne, gwałtowne skurcze mięśni powodujące silne drgania całego ciała lub gwałtowne zmiany poprzedzające koniec czegoś.



Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo 



 Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo

Tak został zabity Behemot – najsilniejszy z lądowych stworzeń

Spokój zgromadzonych niechybnie został przerwany. Sprawił to potworny ryk Behemota, który poruszony został za czyjąś spra­wą.
Gwałtownie się zerwał, parskając, wydobywał z siebie gorące wrzenie. Para ta raniła śmiertelnych, spalając członki ciał, przemieniając w popiół, nie szczędząc ludzkiego kośćca.  
– Wyczuł obecność wroga! – zaalarmował Set.
– Trwajcie w gotowości! – polecił gwardzistom Anubis.
    Przyglądali się, rozpatrując[1] wokół. Poszukiwali winowajcy całego zamieszania. I jak w kondukcie stanęli, wlokąc się za marą Dagona, którego kołtuniasta sierść, przysłaniała widoczność ko­lu­brynowym cielskiem.
Skołowacieli, przez chwilę myśląc, że bestia oszalała, gotowa zgotować koszmar im samym. – Zapewne zapragnęła tych sześciu kel el – trwożył się Set. – Mało mu! – złorzeczył przy tym na nieudolność Anubisa, którego po całym zajściu z chęcią obwiniłby za wszystko i ukarał. To było zgodne z jego przekonaniem, że ojcowska ręka karcąc, daje dowód największej miłości.
         Behemot zaryczał bardziej, a jego potworny łeb przechylił się, wyrzucając z gardzieli masę śliny i resztek z nieprzeżutych wnętrz­ności, rozbryzgując na posadzce pałacowego dziedzińca.
Poruszyli się, gdy w krasie ukazał się im Uziel, który krajał ciętym ostrzem, obfite cielsko potwora zmieniając w paski. Behemot usiłował pochwycić najeźdźcę paszczęką lub przebić rogami. Uziel stał się na ten czas nieuchwytnym, kotłując się z wrogiem na swój sposób. I nie sprawiał mu bólu ogień, ciskany z nozdrzy, nie paliła mu skóry ślina, a dyszenie nie odbierało mu powietrza.
Starał się uśmiercić monstrum, co okazało się być nad wyraz trudne i niebezpieczne. Zadał kilka powierzchownych ran, lecz nieznaczących. Behemot miał tę przewagę, że wystarczyło, iż raz pochwyci, a Uziel skończy istnienie w jego żrącym żołądku.
Walka wydawała się nader nierozstrzygnięta, a każdy z wbitych ledwie kaheli, zdobiących ciało Behemota, dobił Uziel ze staranną precyzją, prowadząc do samego dna, mszcząc tym śmierć za­cnych braci. Nic to nie dało, a jeszcze bardziej rozjuszyło bestię.  
      Uderzył gromem w łeb potwora, aż trzasnęło w przestrzeni, gruchocząc wzmożonym dźwiękiem trwałe budowle. I powiew wia­tru wydobył tak mocny, niosąc kamień i żelazo z szybkością zu­chwałego powietrza, lecz skóra bestii pozostawała nawet nietknięta. Odbity materiał zmusił Uziela do złożenia skrzydeł, co wykorzystał Behemot. Machnąwszy łapskiem, wbił postać w po­sadz­kę. Powstały pęknięcia, a twór Eremu wieńczył sworzeń[2].
Potem, skakał po nim i szarpał zajadle, nie ustępując, chcącemu zachować się życiu, tak mocno, że Uziel ledwo trzymał się we wzbronieniu.  
– Dość tego! – zaryczał Uziel.
       Wyrwał do przodu, waląc mocą skrzydeł i uciekł z opresji. Wył z bólu, pełen drapieżnej pożogi, spojrzał na ofiarę jak łowca na zwierzynę. Dobył aser, uzbroił i cisnął w serce giganta, przebijając je na wskroś. Uśmierzył tym ból istnienia, a Behemot zachwiał się i potulnie wysunął bardziej w przód, odsłaniając członki.
         Uziel nabrał rozpędu, tocząc się z miejsca pod brzuchem po­twora. Chciał, obracając się w locie, ostrzem przedzierżyć[3] potężny pancerz. Czuły punkt, podbrzusze – to była dla niego, jedyna pewna szansa. Ostrze kel el, uczynione z diadeitowej stali, rozpędzone, tnie każdą powłokę.
Stracił Behemot wnętrzności, które zalały dziedziniec, rwąc jak lawa, ciepłe i palące, trawiąc komnatę.            
       Zdobywszy swój aser, znajdujący się za bestią, chwycił go i wzniósł nad ziemią, przelatując wysoko nad grzbietem ofiary. Wy­celował i przy­mierzył w pysk, trafiając w okolicę nozdrzy, a przebiwszy tak paszczę, zniżył ją, przytwierdzając do gruntu, czym zmu­sił stworzenie do bezwiednego powalenia. Obrócił się i ruchem ręki, wbił miecz w ogromną szyję.
Poczuł natychmiastową ulgę, przy­niesioną z powiewem powietrza, ale na tym nie poprzestał. Przeciągnął miecz wokół szyi, rwąc gardło, stopami sięgnął w odsłoniętym skrawku kręgów, które bezbłędnie zmiażdżył.
Tak został zabity Behemot – najsilniejszy z lądowych stworzeń, które wlekły swe stopy po ziemskich pagórkach i wbijały pazury w doliny.
Zmagał się z nim Uziel, nie przywdziewając pancerza. Obawiał się przemiany, aby zbytnio nie zaufać mocny ochronnej łuski. Szczęka Behemota potworna, mogłaby zgruchotać w łatwości, wielką i dotąd niepowstrzymaną materię.
Uziel, do walki i śmierci, podchodził osobliwie, nie stosując w stosunku do swych przeciwników, jednego znanego sobie fortelu. Był wyniosły i dumny, pewny swej siły. Dlatego mierzył się jawnie, igrając na granicy życia, pokładając ufność w szybkości, ceniąc nazbyt zdolność regeneracji, przepełniającej go materii.
Po zabiciu bestii, stanął na jej odciętej głowie i przywołał bu­rzę. Niebo rozwarło przestworza, pociemniało, a jego oczy rozbłysnęły promienistym światłem, iskrząc się, przewijając energię, która nie gasła. Starła się ta moc z przestrzenią, przypominając od­twarzane powoli i niezwykle często, uderzenie potężnego pioruna.


[1] Dokładnie zapoznawali się ze zjawiskiem i analizowali, w celu oceny lub podjęcia jakiejś decyzji. W zdaniu „rozpatrując wokół”, można tłumaczyć też jako „pośród siebie”.
[2] Sworzeń – element konstrukcyjny służący do łączenia elementów w sposób umożliwiający ich obracanie się.
[3] Trzymanym w ręku, przesunąć.



Fragment z książki Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo 


Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo

Pierwotny świat: na początku nie było nic, poza Stwórcami

Na początku nie było nic, poza IHWH’a, Re i Liturem Dar’ghallem. Nasz Stwórca stworzył Erem i Ereb, Re uczynił Ziemię i jej wszechświaty, a Litur Dar’ghall stworzył Urel, Luntarię, Dagię i Santorię. Powstało tak siedem związanych światów. Potem wybuchły wojny, lecz troszczyli się o własną materię i stworzone dzieło. Wygrał nasz Stwórca, a tych dwóch zamknięto w strukturze ich światów, odbierając możliwość samoistnego istnienia. Połączyliśmy ich z pierwotną materią, zamykając w niestabilnej strukturze. Tym, wzmocnili nowe dzieło naszego panowania. Nikt nie zdołałby im przywrócić wieczności, poza tym, który wiedział jak im ją odebrano. Tym kimś był Beliar.
Porządek El’Li’Re[1] przestał istnieć, raz na zawsze, a we wszechrzeczy zapanowało niepodzielne władztwo jedynego El. Pozostawało tylko ujarzmienie buntowniczych stworzeń, które były podobne nam i służyły swym Stwórcom, ale to my narzuciliśmy im władzę. Stwórca postanowił ich nie niszczyć, zachowując te istnienia przy życiu. Sprawowanie władzy, wymagało jej siłowego narzucenia.
Rozumiecie już, czemu utrzymywaliśmy stale gotową do boju armię, złożoną z milionów kaheli. Porządek wymaga prowadzenia niekończącej się wojny, często brutalnych i siłowych rozwiązań, stosowanych względem tych, którzy nie akceptują ustalonego porządku i Prawa.
Nie jest istotne to, czy prawo z Eremu miało słuszność, czy nie. Wygrał eremski oręż i nic innego nie liczyło się pod gwiazdami. Po prostu, każde życie musiało się nam poddać, albo przestać istnieć. Wieczność przyjmuje proste rozwiązania. Brak w tym omyłki czy przypadku.
Uziel pozostawał zbyt zakłamany, aby odróżnić dobro od zła. Zresztą, czym było dobro i zło[2]? Niczym innym, jak doświadczeniem okrucieństwa i realiów istnienia we wszechrzeczy, w której silniejsi, narzucali wolę słabszym.
Wojny, które przetoczyły się dawnymi czasy przez El’Li’Re, zapoczątkowały kres nowego chaosu, podporządkowując rzeczy właściwemu biegowi. Rozerwani i zgładzeni Stwórcy – jakkolwiek by to nie brzmiało – nie mieli prawa powrotu, a ich energia zasilała światy. Nie mogły one istnieć bez nich. Niemożliwi do zgładzenia, pozostali skruszeni i rozrzuceni, łącząc się z nową materią Eremu, która tylko z lekka przykryła, nadany tym światom wzorzec doskonałości, który pochodził od nich.
Ważne pytanie: Czy nasz Ojciec był tyranem?
Załóżmy, że ludzie poznali prawdę. Zapewne uznaliby ten fakt, że ich świat nie należał do nas i zostali wygnani, do zupełnie nieznanej nam struktury, której narzuciliśmy niepodzielną władzę, a ona jest ich pierwotnym światem. Nie każdy pogodziłby się z tym stanem, usprawiedliwiając własne poczynania tym, że nikomu władza i potęga nie zostały, raz na zawsze dane, ale musiał je sobie wywalczyć. Świat ten należał do stworzeń, które ujarzmił człowiek, własnym pojawieniem albo ponownym przybyciem. Zapewne, to ludzie stworzyli te istoty i nadali im właściwy bieg, włączając w cykle… Jednak, to my panujemy nad całością. 
Człowiek otrzymał zakaz niszczenia, którego nie przestrzega i nie będzie przestrzegał. Tajemnic tych strzegliśmy, broniąc przed wpływem tej wiedzy, nowo powstałe zastępy. Zachowaliśmy pozory i utrzymaliśmy tajemnice, nawet przed swoimi. Dawni weterani tych walk, nie byli skłonni do powrotu, z dawna zeszłych z piedestału Stwórców materii, wiedząc dobrze i bodaj mając pewność, czym skończyłby się ich nagły początek. Może to my, stalibyśmy teraz tam, gdzie stoją ludzie?  
Ta wojna wybuchła, aby ich powstrzymać. Mogliby usiłować, w końcu wskrzesić Litura Dar’ghalla. – Nie mogłem na to pozwolić – nie żałował decyzji Uziel. Wyprowadziłem armię, aby zebrać litur i zamknąć Dar’ghalla w niebycie. Ostateczne rozwiąza­nie i rozprawienie się z jego istotą. Sporo już zgromadziłem. Wie­działem, że po tym, jak się dowiedzą, że w Luntarii są umiejsco­wione esencje ich największej relikwii, to zaatakują. Podejdą i bez żadnego wyrazu i krzty oporu, wyrwą nam serca. Zagłuszyć zamiar przeciwnika, to zmiażdżyć mu głowę, nim dobędzie ostrza.
Wierzą, że Dar’ghall przywróci ich do życia[3], nagradzając za poświęcenie i prowadzoną wojnę, odda świetności we władanie.
Prosta to wiara, oparta na fanatyzmie[4]. W rękach, potężnych i tak Urgali, litur czyni ich równych z ziemskimi Bogami. I gdybym, jak ludzie uwierzył w piekło i demony, to Litur Dar’ghall byłby ich wodzem i panem.
Ukrywaliśmy istnienie Ziemi przez tysiąclecia, oszukując światy, trzymając w izolacji Urgali, ale nie udało się to do końca. Zrozumieli, gdzie szukać źródła przyszłych pokoleń, ruszając na podbój Eremu. – Materia nic im nie pomoże – wiedziałem od zawsze o tej prawidłowości. – Muszą najpierw poznać drogę. Najprostszym spo­so­bem dla nich, jest użycie gilgalu w Luntarii. To też jest odpowiedź, dlaczego w tamtych czterech światach nie ma gilgali.
 Dla wyższych cywilizacji, okazałyby się użyteczne. Ludziom nie sprawia zawodu brak znajomości wszechrzeczy, ani brak jakiejkolwiek wiedzy w ogóle. Podejmują wyzwanie, gdy po tysiącleciach powtarzania określonej prawdy, dotrze do nich fakt, że możliwa jest jakakolwiek zmiana. Marność człowieka wyraża wręcz absolut naszego dzieła.
Z potężnej istoty, uczyniliśmy ziemskiego karła. Gdyby tak postąpić ze wszystkimi światami? Mogłoby to być dość ryzykowne, gdyż zabrakłoby nam przeciwników. Od tego, jeden krok dzielący nas od sensu istnienia, którym jest prowadzenie niewypowiedzianej wojny… Warte przemyślenia, czy nasz Ojciec nie chciał tego uczynić?  



Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo 




[1] El’Li’Re – „pierwotny świat”, inne określenie eremskie na wszechrzecz. Wzorzec doskonało­ści, w oparciu o który można było „stwarzać”.
[2] Odniesienie do Rdz 3,22, w przekł. BT  – […] „oto człowiek stał się taki jak my: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki” […]. Poznanie „dobra i zła” stanowiło grzech, czyli zakaz obejmujący strefę nieprzekraczalną. Życie wieczne zostało odebrane człowiekowi, który poprzez „pozna­nie” mógłby żyć wiecznie. Brak możliwości unicestwienia tchnienia, wytworzyło sposobność do cyklicznego pojawiania się człowieka, który wykorzystuje po odrodzeniu nowe ciało, sta­jąc się o wiele słabszą istotą oraz ma czas na zmianę i zachowanie Prawa. Określam to mianem „przystosowania”. Jest to ciekawy przypadek „karania” za poznanie i wiedzę, wska­zujący główne źródło winy istoty ludzkiej.
Uważam, że nikt nie skazuje nikogo za wiedzę, a planeta pełni rolę miejsca „odosobnienia”, „przechodzenia kwarantanny” tchnienia lub „zsyłki”, niż miałaby być światem, w którym cierpi się za wiedzę. Właściwe zrozumienie poznania „dobra i zła”, nie wiąże się z historią grzechu i winy, ale próby, podjętej po zdarzeniu, którego inspiratorem i wykonawcą był człowiek. Przeszłość jest zawiła i trudna, ale w tych małych niuansach, musimy poszukiwać klucza do jej poznania. W książce założyłem, że człowiek żył w Eremie, był o wiele potężniejszy z racji owego „podobieństwa” – por. Rdz 1,26. Wskutek buntu, został wygnany na Ziemię i pozba­wiony części mocy. Kolejne bunty, znowuż dotknęły siłę człowieka, czynią go tym, czym jest obecnie – słaby, wątły i przypominający proch – odniesienie do Rdz 3,19: czyli przemiany czło­wieka w proch.
Inaczej: człowiek został pozbawiony wieczności w Rdz 3,22, ale dopiero w Rdz 6,03, na skutek zmieszania krwi ludzi i aniołów, ograniczono życie człowieka do 120 lat. Ludzie wie­rzą, że wszystko odbywało się na słowo: Stwórca rzekł i stało się. Oczywiście jest to uprosz­czenie. Człowiekowi ograniczono możliwość dłuższego życia, „majstrując” przy nim. To musiał być dostatecznie długi proces. Do­słownie oznacza to, że został złapany, dostosowany i na nowo dopuszczony do życia. O tych zdarzeniach wspominam w książce. Mogą stanowić duże rozwinięcie dla tych wątków biblij­nych, co prawda literackie, ale teza w nich zawarta jest godna uwagi.  
Literatura ma to do siebie, że posługuje się prawem dopowiadania faktów. Należy zrozumieć, że rozwój ludzkiej nauki zapoczątkował schematyczne podejście do wielu ocenianych faktów i zdarzeń. Ludzie założyli, że wiara odnosi się do istot duchowych: jedni w nie wierzą, drudzy określają zjawisko „ewolucją zmyślonych wierzeń”. Wspólnie przenoszą na grunt poznania, sprawę istnienia duchowych istot, zakładając że bogowie stanowią bezkształtne formy, przenikające materię. A gdyby przyjąć, że ci bogowie władali materią? Czy nie łatwiej byłoby wiele spraw wytłumaczyć? Poza tym, człowiek zbyt uzależnił się od swojej wiedzy, opartej na założeniu lub zbyt ślepo przyjmuje wiarę. „Dobro i zło” stanowią wciąż otwartą kwestię, definiowaną przez silniejszego. To nie jest zapisana karta.
[3] Tu: w znaczeniu „przywróci im zdolność rozmnażania”. Urgalowie byli wieczni, ale Erem pozbawił ich możliwości posiadania potomstwa.
[4] Fanatyzm – żarliwość w wyznawaniu jakiejś idei lub religii, połączona ze skrajną nietoleran­cją.



Pierwotny świat: na początku nie było nic, poza Stwórcami

Aniołowie i ludzie: trudne relacje


Człowiek wyglądał pięknie, a swą urodę zawdzięczał obowiązującym pozorom oraz kanonom. To była zewnętrzna powłoka, gdy przywdział na ciało ubranie oraz użył mazideł. Kel el, w każdym możliwym czasie, bywa dostojny. W tym, podobny jest do innych istot żywych, które nie potrzebują wierzchniego okrycia. Czło­wiek, niestety jest inny.
Nosimy szaty… Zdobimy się i piękniejemy, dbając o to, co naturalne i syci naszą doskonałość.

Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo

W pew­nych okresach, bywa ten twór potliwy. Zbierają się w nim wymiociny i zalegają fekalia. To efekt pożerania, który jest ka­mu­flowany przez tę istotę. Odcięty od programu człowiek, żyje spo­kojnym i stadnym trybem, kierując się zasadami, bliskimi nam i na­szemu wyobrażeniu. Programowany i uczący się człowiek, zaczy­na niszczyć. Bezowocne bywają starania. To nadal ten sam twór: słaby i nijaki. Wydziela nieprzyjemny zapach, który kel el odczu­wają zewsząd. Nawet zwierzęta nie mają tak doskonałego węchu, jak my.
Powierzchowna skóra ludzi, pod którą znajdują się prymitywne mechanizmy życiowe, zbliżone w budowie do innych istot żywych z tej planety, wydziela dosłownie wszystko, otaczając człowieka aurą przeróżnych zapachów. Dowód na to, że człowiek pochodzi stąd, a ży­cie tu jest inne. Zmodyfikowaliśmy go, zbliżając w tym do nas. To, czym wprawdzie jest, spoczywa na nim. Wyzwala to masę, przy­krych aromatów, które podrażniają nozdrza kel el. Dzię­ki temu, wiemy gdy jest mu źle. Rozumiemy, gdy ma na coś ochotę. Taka to już jest ta planeta.
Te istoty pozostające na Ziemi, twierdzą że ich organizm to najdoskonalszy twór na świecie… Mylą się i to jak straszliwie, błądząc w niewiedzy. Te ciało jest skłonne do ograniczania energii. Każde pojedyncze życie, tworząc więzienie, zniewala samoistnie czło­wieka. Na ten pomysł musiał wpaść Re, ich twórca. Ciekawi mnie, jaki musiał być silny człowiek, gdy mógł kierować się pełnią swych sił. Trafiliśmy na nich, gdy byli pozbawieni mocy, a przecież my, już trzykrotnie ich ograniczaliśmy. Set to efekt uruchamianego mechanizmu, który w człowieku bywa zabójczy.
Chyba ta rasa ma naturę, zdolną jedynie do destrukcji – obszarowej i populacyjnej.
Twory ludzkie nie są wolne. Wyizolowaliśmy najlepsze ele­menty, które pozostały w Eremie. Sterowanie odbywa się z po­ziomu tchnienia. Człowiek może zostać wchłonięty poprzez Tron Stwór­cy. W odniesieniu do nas jest to niemożliwe.
Przyszło mi pewne zastanowienie, gdy wracam myślami do tego, o czym mówił Beliar. Zaczynam rozumieć, o co chodzi na­szemu Stwórcy. Zapewne, chce pozbawić nas władzy i możliwości decy­dowania. Przeznaczył nas do kasacji, na rzecz sterowalnego czło­wie­ka. Żałosne…
Straszny jest ten ich instynkt. Najgorsze emocje miewam na Ziemi.
W okresie pierwszej i drugiej Ziemi, ludzie powszechnie uży­wali substancji ograniczających ich widzenie oraz czucie. Skażony człowiek ma w sobie tysiące chorób, które budzą się, określając jego zdolność do samoistnienia. Tak łatwo uaktywnić te mecha­nizmy, ale one muszą zostać najpierw zaprogramowane.
W kwestii kolejnej: śmierć i choroby, nie są częścią naturalnej istoty człowieka. To sztuczne twory, które zaaplikowano lu­dziom i wywołuje się je mechanicznie, poprzez dźwięk, wibracje, a dostarczane są z pokarmem.
Gdyby udało się ludziom połączyć planetę siecią i ustawić odpowiednie częstotliwości, to umożliwiłoby skupienie całej energii w jednym miejscu. Szkoda jest zabijać ludzi w wojnach, jak można naładować sobie baterię ich tchnieniem.
Prosta zasada mówi, że gdy jeden ma, to drugi traci.
Wyobraźmy sobie, czyjś szał lub strach. Można przekreślić taką istotę, z góry zakładając jej dysfunkcję i cechy negatywne, które zostały rzekomo wrodzone. My to postrzegamy inaczej.
Człowiek, doprowadzony do takiego stanu, zagłusza się gdyż zrozumiał świat. Otoczenie nie przyjmie jego racji, stąd pozostaje mu życie z poczuciem piętna lub nagłe zakończenie tego stanu. Uciec z ciała, można jedynie poprzez nagłą śmierć. Tchnienie jest bezpieczne i powróci, ale pamięć przepadnie. Ryzyko zaczynania od nowa, ale i tak trzeba będzie zacząć.
Ze wszech miar zapewniam was, to nie my tak czynimy, ale sami ludzie.
Wyjaśnię…
Dawaliśmy ludziom wiedzę, spisaną w Księdze. Set także otrzymał Księgę, przeczytał ją i zrozumiał, a potem zaczął zabijać i obudził Re. Ten przypadek nie jest odosobniony i nie dziwi mnie.
Spytacie: czemu dajemy wiedzę?
Sprawdzamy, bo w naszym świecie jest mnóstwo rzeczy, za pośrednictwem których, człowiek mógłby zniszczyć nasz świat. Sko­ro nie panuje nad tym we własnym, nie wejdzie do naszego. Pro­ste i bez gmatwania.  
Zarządcy świata, starają się nas oszukać i kierować ludźmi, czyniąc tak na własną rękę. Z poziomu ciała, mogą was prześwie­tlić. Zapominają o energii tchnienia, nad którą to my panujemy.  
Człowiek nie ma niczego do zaoferowania. To w jego ocenie, każdy krok to piękno… Zgodzę się, gdy spojrzę się na ich dzieci. Jednak, mam porównanie z perspektywy milionów ludzkich lat. Nie umiem na nich patrzeć dobrze. Człowieka można uznać, w tym czym jest, zachowując lub zgładzić…
Nie naruszyłem woli mojego Stwórcy. Jeszcze nie naruszyłem. Byłem wówczas bliski, gdy powstał Set. Jestem bliski i teraz. Moja decyzja… To zbyt długa historia.
Ludzie oszukują zapachy, stosując dziwne pachnidła. Bywają do znie­sienia, gdy ich dieta sprowadza się wyłącznie do roślin. Sięgając po padlinę, zaczynają śmierdzieć i są wyczuwalni, niczym rozkładające się w oddali zwłoki.

Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo

Ludziom wydaje się, iż są widzialni nam za pomocą zmysłów i nadprzyrodzonej mocy, które rzekomo posiadamy. Idea „nadczłowieka” to przekonania i wyobrażenie, ale nie jedynie. My nie jesteśmy „nadludźmi”. Jesteśmy kel el. Ten anielski „nadczłowiek” stał się sługusem ludzkim. Jakież to echo pobrzmiewa w tym określeniu „anioł”, czyli „pośrednik”, „posłaniec”. Dwulicowy człowiek chce się równać… Nawet mój błąd tu nastąpił… On chce nas przewyższyć, sprowadzając nas do marnej roli.
To pamięć i świadomość, której człowiek nie zna, ale jest w nim. Każdemu, któremu brakuje przestrzeni na Ziemi, a jego umysł wydaje się być samotnym i usiłuje się wyrwać, muszę coś podpowiedzieć… Byłeś blisko i nie odrzucaj, nawet najdziwniejszych wyobrażeń.
Będziecie sterowani, Set to dopiero początek waszej drogi. Pierwsza próba, ale odtąd ja, Uziel, stanę przed wami i za wami, a po waszej prawicy i lewicy, staną ci których wskażę. Oto jest moje słowo, gdy ja tu będę. Jednak mój czas i dzień mojej chwały, przeminą. Zapamiętajcie ludzie, ja jestem wieczny i ja jestem tu nie u siebie. Znam Ziemię, która przeminie. Nie jest to pierwsza planeta, którą bym zniszczył. Zabezpieczę się i zamknę pieczęcie, bo gdy poczuję się zagrożony, obrócę w niwecz. Pył pozostanie.
Wiem, czemu tak się stanie…
Stwórca zabezpieczy was przede mną. Jedną duszą, przeważy. Widzieć przyszłość i nie reagować, jakby nigdy nic. To nazywa się dopiero iluzja. Żyjemy w niej, my i Stwórca.
Nie każdy kel el potrafi przeniknąć ludzi. To dar wyjątkowy i bezcenny. Zdołamy to uczynić, wykorzystując technologię. Zaledwie kilku z nas posiada umiejętność, która pozwala na to, bez używania kul.
Widzimy znacznie lepiej, czujemy zapach na bardzo duże odległości. Interpretujemy emocje i odczytujemy wahania światów. Człowiek widzi oczyma tylko jedną powłokę. Gdy ja włączę się do tego, poczuję wszechrzecz. Moja wiedza jest bezpieczna, ale nie jest bezcenna. Nie potrzebujecie widzących, ale wiedzcie że żaden Stwórca ani człowiek nie prześwietli mojego umysłu.  
My, dostrzegamy niezliczoną ilość mechanizmów, które uru­chamiają setki i tysiące kombinacji. Widzenie takie, wymaga wej­ścia na zupełnie inny wymiar postrzegania. Jeśli ludziom wy­daje się, że w tym czasie, moglibyśmy poświęcać się słuchaniu ich mo­wy – to są w błędzie. – Szemrania i złorzeczenia – tylko to dajecie światu. Zazdrośni i skłonni do mordu. W przestrzeni jest wiele ciekawszych wrażeń, przemierzających czas, dźwięk i dających inne pole widzenia, od patrzenia na człowieka i jego egoistyczne żądze. Wy nie potrzebujcie nas. Nigdy nie potrzebowaliście. To kolejna iluzja. Doskonale sobie radzicie.  
Człowiek w tym mechanizmie, mógłby pozostać niezauważonym, jako struktura nic nieznacząca i szkodliwa, gdyby nie jej bez­pośredni wpływ oraz upór mojego Ojca. Decyduje także skłon­ność ludzka do atakowania nas.
Istota ludzka jest jak wirus. Tak słaba substancja, dawno została zniewolona i ograniczona, ale rozprzestrzenia się i w swej naturze, staje się powoli destrukcyjna.
 Twierdzą, że planeta to centrum wszechświata. Mylą się. To centrum, więzienia i dno otchłani – ich dawnego świata. Błędem było pozostawienie na powłoce życia. Powrócą do dawnych praktyk, a ich kod nieświadomości, zaowocuje ze zdwojoną siłą. My, znamy prawdę. Człowiek, też ją poznał, ale tylko nieliczne grupy, uzyskały do niej dostęp. Zapragną przywrócenia władzy oraz dostąpienia do decydowania. Potraktują swoich jako środek do celu i nazwą to cywilizacją.
Zapowiada się ciekawie… Set, to dopiero początek, ale Re to mój najbliższy cel.
Mechanizm absorpcji pokarmów, działa bez zarzutu. Układ trawienny jest doskonały. Jednakże, człowieka skrzywdzono, odbierając mu wiele z „niebiańskich” cech. Nasamprzód[1], nie jest zdolny połączyć się z materią. Choć jego organizm wytwarza wszyst­ko i wyzwala, to jest to nader[2] nikłe i ma zastosowanie do samego człowieka. Nie są w stanie przemieszczać się, ani poruszać portalami – głównie wskutek tej cielesnej dolegliwości.
Materię rozumu także mają słabą. Organizmy te nie potrafią dobrze przewodzić struktury, co uniemożliwia im pełnego postrzeganie. Wyłącza to szereg zmysłów, które jedynie w ograniczonej for­mie, przy­bierają z czasem na sile. Główną ich rozrywkę, stanowi udawanie. Wmawiają innym zdolność panowania nad mocą i rozmowy ze zmar­łymi. Dobry frazes. Takie to ziemskie.
Specjalizują się także w eksploracji[3] innych wymiarów – często przemożnie tworzonych na jawie i we śnie. Pamięć ich umy­słu, sprawia czasem psotę, gdy starając się ogarnąć coś z własnej po­tęgi, stają w szranki z przeszłością.
Rzadko się zdarza, aby coś pamiętali. Wolą raczej pominąć, niż wiedzieć. Z natury, nie pielęgnują mądrości. Kolejne sekwencje, zasypiania i budzenia, mogą wprowadzić do sprawnie działającego systemu błąd. Rejestracja tych bodźców i wspomnień, nie daje im szansy na zrozumienie. Negują nazbyt wiele, zamykając się w obliczu presji otoczenia.  
Zależni od zdrady, łączą się z innymi, czego nie rozumiejąc, stają się wykonawczym narzędziem. Reagują zbiorowo.
Wola ani przypadek, nie mają tu nic do rzeczy. Całość została tak urządzona, aby ograniczać nieuległe jednostki. Duchy spra­wują nad tym straż – tak z zasady powinno być. Szkoda człowieka, bo czasem tak ładnie wygląda, gdy odpowiednio postara się nad tym zapanować. Pozór zawładnął ich światem, gdy nie byli w stanie zaakceptować się wzajemnie. Kel el trwają niewzruszenie, pomimo rozlicznych trudów.


[1] Nasamprzód – daw. „przede wszystkim”.
[2] Nader – „bardzo, niezwykle, niezmiernie”.
[3] Eksploracja – badanie, poszukiwanie, odkrywanie czegoś.




Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo 
fragment z Księgi Pierwszej 
seria Przemilczeć Armagedon 




Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo

Jeśli chcesz przeszukać nasze zasoby w sieci

Popular Posts